Pomiń polecenia Wstążki
Przeskocz do głównej zawartości
Przeskocz do głównego menu
Nawiguj w górę
Logowanie
 

 2009/2010

 
 
Inauguracja roku akademickiego 2009/2010
 
Gośćmi inauguracji byli przedstawiciele rządu, ambasadorowie i przedstawicie korpusu dyplomatycznego, rektorzy innych uczelni.
 
 
Podczas uroczystego posiedzenia Senatu odbyła się immatrykulacja studentów I roku oraz wręczono listy gratulacyjne z okazji 50-lecia immatrykulacji.
 
 
Przedstawiamy władze akademickie Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie
w roku akademickim 2009/20010     
 
Rektor             prof. Adam Budnikowski
Prorektorzy    prof.  Marek Bryx                    
                          prof. Anna Karmańska                    
                          prof. Elżbieta Kawecka-Wyrzykowska                    
                          prof. Janusz Stacewicz 

Dziekani
   
prof. Marek Rocki - dziekan Kolegium Analiz Ekonomicznych
prof. Joachim Osiński - dziekan Kolegium Ekonomiczn Światowej
prof. Andrzej Herman -  dziekan Kolegium Nauk o Przedsiębiorstwie
prof. Janusz Ostaszewski - dziekan Kolegium Zarządzania i Finansów
prof. Grażyna Wojtkowska-Łodej - dziekan Studium Licencjackiego
prof. Joanna Plebaniak - dziekan Studium Magisterskiego


Początek inauguracji roku akademickiego 2009/2010
Inauguracja roku akademickiego 2009/2010.
W pierwszy rzędzie od prawej: Marek Bryx – prorektor, Elżbieta Kawecka-Wyrzykowska – prorektor, Adam Budnikowski – rektor, Anna Karmańska – prorektor, Janusz Stacewicz – prorektor
Inauguracja roku akademickiego 2009/2010.
Przemawia JM Rektor prof. Adam Budnikowski
Inauguracja roku akademickiego 2009/2010.
Przemawia JM Rektor prof. Adam Budnikowski
Inauguracja roku akademickiego 2009/2010.
Goście i społeczność akademicka
Inauguracja roku akademickiego 2009/2010.
Immatrykulację prowadzi prorektor prof. Anna Karmańska
Inauguracja roku akademickiego 2009/2010.
Wykład inauguracyjny wygłasza prof. Leszek Balcerowicz​
Inauguracja roku akademickiego 2009/2010.
Od lewej profesorowie: Grażyna Wojtkowska-Łodej - dziekan Studium Licencjackiego, Joanna Plebaniak - dziekan Studium Magisterskiego, Marek Rocki - dziekan Kolegium Analiz Ekonomicznych, Joachim Osiński - dziekan Kolegium Ekonomiczno-Społecznego, Jolanta Mazur - dziekan Kolegium Gospodarki Światowej, Andrzej Herman -  dziekan Kolegium Nauk o Przedsiębiorstwie, Janusz Ostaszewski - dziekan Kolegium Zarządzania i Finansów, Janusz Kaliński – przedstawiciel Kolegium Ekonomiczno-Społecznego, Kazimierz Kuciński – przedstawiciel Kolegium Nauk o Przedsiębiorstwie
Inauguracja roku akademickiego 2009/2010.
Członkowie Senatu
Inauguracja roku akademickiego 2009/2010.
Prof. Leszek Balcerowicz podpisuje indeksy immatrykulowanym studentom I roku.
 
 
fot. Maciej Górski
 


Przemówienie Jego Magnificencji Rektora prof. Adama Budnikowskiego
wygłoszone podczas inauguracji roku akademickiego 2009/2010
 
SGH w procesie transformacji
 
Rozpoczynamy dzisiaj nowy rok akademicki 2009/2010. Jest to uroczysty dzień dla wszystkich studentów i pracowników naszej Uczelni. W szczególności jest to jednak święto studentów pierwszego roku studiów licencjackich, którzy po raz pierwszy wstępują w mury szkoły wyższej, a także tych, którzy, zdobywszy już odpowiedni dyplom, wybrali Szkołą Głowna Handlowa w Warszawie jako miejsce swoich studiów magisterskich lub doktoranckich. Jeszcze raz witam Was serdecznie drodzy studenci i życz ą, aby studia w SGH spełniły Wasze oczekiwania.
 
Dzisiejsza inauguracja to także okazja do krótkiej refleksji na temat warunków, które sprawiają, że rozpoczynający sią rok akademicki, tak, jak i zresztą wszystkie minione, wyróżniają pewne szczególne okoliczności.
 
Dla nas, jako społeczności akademickiej uczelni ekonomicznej, szczególne znaczenie ma fakt, że obchodzimy właśnie dwudziesta rocznicą transformacji systemowej.
 
Zmiany, jakie w ciągu ostatniego dwudziestolecia dokonały sią w Polsce, są osiągnięciem całego naszego narodu. Były one możliwe dzięki czynom bohaterów kolejnych wydarzeń, które stały sią milowymi kamieniami naszej współczesnej historii, trafiając do niej jako swoiste daty–symbole: 1956, 1968, 1970, 1976, 1980 i 1989.
 
Zmiany te były też możliwe dzięki nie tak efektownemu, ale jakże ważnemu wysiłkowi milionów rodziców oraz tysięcy nauczycieli i wychowawców, którzy starali sią, aby kolejne roczniki młodych Polaków nie zapominały, czym jest nie tylko wolność i demokracja, ale także i gospodarka rynkowa, tak pogardliwie nazywana kiedyś prywaciarstwem.
 
Początek transformacji systemowej był także ogromnym wyzwaniem i szansa dla studentów, pracowników naukowych i absolwentów Szkoły Głównej Handlowej (wówczas SGPiS). Przed 1989 r. Uczelnia oraz jej absolwenci nie znajdowali sią na pierwszej linii walki o zmianą systemu politycznego. Nie znaczy to jednak, że nie wnosili wkładu w przygotowywanie gruntu pod przyszłe przemiany. Wkład ten to przede wszystkim przetrwanie w Uczelni szkół naukowych będących kontynuacja najlepszych tradycji polskiej myśli ekonomicznej i społecznej. To liczne publikacje, które mimo że powstawały pod okiem cenzury, mogą także dzisiaj stanowić powód do dumy jej autorów. To programy nauczania, które choć odległe od ideału, różniły sią jednak wyrażenie od programów nauczania w uczelniach tego typu w innych krajach Europy Środkowej i Wschodniej. To wreszcie odważni wykładowcy, którzy czasami otwarcie, a niekiedy między wierszami czy w kuluarach, przekazywali przesłanie, że gospodarka centralnie planowana nie może być efektywna. To wszystko nie pozostawało oczywiście bez wpływu na sylwetką absolwenta SGPiS, który kończąc ja, nawet jeżeli nie był do końca przekonany, że konieczne jest natychmiastowe porzucenie gospodarki centralnie planowanej, to na ogół był pewien, że wymaga ona natychmiastowych i głębokich reform polegających na wprowadzeniu do niej możliwie wielu elementów mechanizmu rynkowego.
 
Począwszy od 1980 r., kiedy stawało sią coraz bardziej oczywiste, że zmiany systemowe są nieodzowne, następuje szybkie zwiększenie roli ekonomistów, zarówno w ostatnich próbach ratowania systemu gospodarki centralnie planowanej, jak i połoficjalnych czy podziemnych dyskusjach na temat przyszłości gospodarki Polski. To także okres szerokiego włączania sią środowiska naukowego SGPiS w te procesy. To między innymi początek prac zespołu młodych adiunktów naszej Uczelni, kierowanego przez autora dzisiejszego wykładu inauguracyjnego – zespołu, którego prace części z nas dane było z bliska obserwować.
 
To właśnie pracownik naszej Uczelni, na przełomie lat 1989/90 stał sią dla transformacji gospodarki polskiej tym, kim dla całości przemian był Lech Wałęsa. W bardzo krótkim czasie dokonał rzeczy pozornie niewykonalnej. Po raz pierwszy w historii przeprowadził kraj, znajdujący sią na dodatek w stanie głębokiej nierównowagi, od gospodarki centralnie planowanej do gospodarki rynkowej.
 
Leszek Balcerowicz otwiera jedynie bardzo długa listą absolwentów, a często zarazem pracowników SGH, którzy pełnią niezwykle odpowiedzialne funkcje odegrali kluczowa rolą w procesie polskiej transformacji. Są wśród nich premierzy i marszałkowie Sejmu, posłowie i senatorowie, ministrowie i Komisarze UE, prezesi NBP i prezydenci wielkich polskich miast, prezesi giełdy i ambasadorowie, eurodeputowani i członkowie Rady Polityki Pieniężnej.
 
Jednakże w procesie transformacji systemowej znaczący udział miała bez porównania większa rzesza pracowników i absolwentów SGH. Stawali oni na czele mniejszych i większych przedsiębiorstw, kierowali bankami i funduszami inwestycyjnymi, stanowili kadrą wielu ministerstw, przygotowywali Polską do członkostwa w Międzynarodowym Funduszu Walutowym i Banku Światowym, GATT i OECD, Unii Europejskiej i NATO. Sukces na każdym z tych odcinków nie jest oczywiście wyłączna zasługa absolwentów SGH, ale również wielu innych polskich uczelni, którzy w transformacji systemowej widzieli spełnienie historycznej misji swojego pokolenia.
 
Dzisiaj, naszym obywatelskim obowiązkiem jest przypominanie kolejnym pokoleniom Polaków o historycznym wymiarze zmian dokonanych w naszym kraju przed dwudziestu laty. Naszym obowiązkiem, jako uczelni ekonomicznej, jest także badanie i ocena procesu transformacji systemowej, a tam gdzie to konieczne, wskazywanie na potrzebą jej dokończenia.
 
W chwili obecnej obszarem, na którym proces transformacji systemowej z pewnością nie został dokończony, jest nauka i szkolnictwo wyższe. W ciągu minionych dwóch dekad nie udało sią zasadniczo zwiększyć wkładu polskiej nauki w powstawanie osiągnięć na skalą światowa. Nie udało sią szerzej skłonić podmiotów gospodarczych działających w Polsce do finansowania badań naukowych prowadzonych w kraju. Nie zmniejszono też dystansu dzielącego najlepsze polskie uczelnie od czołówki światowej. Nie udało sią wreszcie stworzyć spójnych zasad finansowania studiów wyższych. Ogromy przyrost liczby absolwentów osiągnięty został przede wszystkim dzięki wysiłkowi rodzin studentów uczelni prywatnych, a pośrednio także kosztem uczelni państwowych. To one przecież, w warunkach absolutnie niedopuszczalnej w innych krajach wieloetatowości, są dostarczycielem kadry nauczającej w szkołach prywatnych. Pieniądze ze źródeł publicznych, zamiast przyczyniać sią do rozbudowy systemu stypendialnego pozwalającego na stopniowe odchodzenia od fikcji studiów bezpłatnych, są kierowane na tworzenie kolejnych państwowych szkół wyższych, w tym wątpliwej jakości uniwersytetów. Polska specjalnością stały sią także inwestycje w infrastrukturą czynione według klucza rocznicowego. Aż dziw, że do tej pory żadnej z uczelni nie przyznano środków w związku z przypadającą w przyszłym roku sześćsetną rocznica bitwy pod Grunwaldem.
 
Czy jest alternatywa dla istniejącego systemu finansowania nauki? Niewątpliwie tak. Wbrew pozorom nie wymaga ona ani większych nakładów finansowych, ani sporów o to, kto ma przygotowywać program zmian, ani powoływania kolejnych komisji. Konieczna jest wyłącznie odwaga polityczna niezbędna do tego, aby w szkolnictwie wyższym, tak jak przed dwudziestu laty w całej gospodarce, należne im miejsce zdobyły prawa rynku.
 
Uczelnia nasza zmierza konsekwentnie w tym kierunku. W ostatnich miesiącach, dążąc do poprawy sytuacji finansowej, dokonaliśmy zasadniczych zmian w administracji Uczelni. Jest to jednak dopiero pierwszy krok na drodze do oszczędniejszego gospodarowania, a przede wszystkim uporządkowania systemu płac i ich wyraźnego powiazania z rzeczywistym wkładem pracy na rzecz Uczelni. Zamierzamy również położyć kres nieuzasadnionemu subsydiowaniu niektórych rodzajów działalności ze środków uczelnianych, a także kontynuować rozpoczęty już proces doskonalenia systemu informatycznego oraz systemu pozyskiwania środków ze źródeł unijnych.
 
Poprawa sytuacji finansowej pozwoli także na kontynuowanie stojących przed nami ambitnych zamierzeń przedstawionych w przyjętej w ubiegłym roku strategii rozwoju SGH, w tym przede wszystkim w dziedzinie internacjonalizacji badań i procesu nauczania. Zamierzeń, o których poparcie prosiłem przemawiając z tego miejsca rok temu i za które chciałem dzisiaj podziękować całej społeczności akademickiej naszej Uczelni, prosząc jednocześnie o dalsze włączanie sią w zbiorowy wysiłek na rzecz dobra wspólnego.
 
 
Źródło: Gazeta SGH, nr 253, październik 2009 roku
 
 
 
Wykład inauguracyjny wygłoszony przez prof. Leszka Balcerowicza
podczas inauguracji roku akademickiego 2009/2010

Światowy kryzys finansowy – przyczyny i skutki
 

Prof. Leszek Balcerowicz
Katedra Międzynarodowych Studiów Porównawczych
Szkoła Główna Handlowa w Warszawie 
 
Wciągu ostatnich dwóch lat ekonomiści nie mają wielkiego wyboru, jeśli chodzi o wybór tematu. Czy chcą czy nie chcą, muszą mówić o kryzysie. Jak można było zauważyć, to właśnie kryzys był także głównym bohaterem w wystąpieniach młodzieży w czasie dzisiejszej inauguracji.
 
Dlaczego ten kryzys nazywa się finansowym?
 
Dlatego, że rozpoczął się w sektorze finansowym, który z definicji obejmuje banki i innych pośredników finansowych, a także rynki rozmaitych aktywów.
 
A dlaczego nazywamy go światowym?
 
Nie dlatego, że wszędzie rozpoczął się jednocześnie i wszędzie występuje w takiej samej skali. Globalne problemy nie zawsze są w tym sensie globalne. Ten kryzys nazywamy światowym dlatego, że rozpoczął się w największej gospodarce świata, czyli w Stanach Zjednoczonych i następnie objął inne ważne gospodarczo kraje. Gdy większość świata dotknięta jest kryzysem, to każdy go odczuwa, choć z różną siłą.
 
Z czego ten kryzys się wziął?
 
Zanim spróbuję się do tego odnieść, uspokoję państwa mówiąc, że nie należy kryzysu, który rozpoczął się w Stanach Zjednoczonych w 2007 roku w żadnej mierze zestawiać z wielkim kryzysem lat 30. Dlaczego? Otóż tamten kryzys doprowadził do spadku rozmiarów amerykańskiej gospodarki o ponad 20%, ten – o około 4%. Tamten doprowadził do zrujnowania ówczesnej globalizacji, czyli do rosnącej wzajemnej izolacji krajów świata, co przyczyniło się, bardzo wydatnie, do jego pogłębiania. Dziś, jak na razie, szczęśliwie nie obserwujemy tak gwałtownego wzrostu protekcjonizmu. Więc choć ten kryzys będzie pewnie najgłębszym po II wojnie światowej, jest on jednakże daleko, daleko łagodniejszy niż kryzys lat 30.
 
Z czego więc się ten kryzys wziął?
 
Może zacznę od interpretacji, które uważam za bałamutne, albo powierzchowne. Zacznę dlatego że, jak to zwykle bywa, są one dosyć popularne. A w gospodarce jest tak, jak w medycynie – terapia bywa poprawna zwykle wtedy, kiedy jest oparta na poprawnej diagnozie.
 
Pierwsza niepoważna interpretacja mówi, że jest to kryzys kapitalizmu . W takim myśleniu o kryzysie występuje elementarny błąd, bo nie każdy kryzys w kapitalizmie jest kryzysem kapitalizmu. Kapitalizm definiujemy przez pewne instytucjonalne fundamenty: własność prywatną i umowę, zamiast nakazu jako instrumentu koordynacji działań ludzkich. Nic takiego nie zostało dotknięte tym kryzysem. A ponadto, gdzie mielibyśmy szukać lepszych rozwiązań? Na Kubie? W Korei Północnej? Czy lepiej byłoby cofnąć się do przeszłości, czyli do socjalizmu gdzie królowała własność państwowa (czyli polityczna) oraz centralne planowanie? A więc – jak mówiłem – nie jest to poważne, choć dosyć popularne dziś wyjaśnienie.
 
Pseudo wyjaśnienie numer 2 mówi, że dzisiejszy kryzys jest skutkiem albo objawem bankructwa neoliberalizmu. Z taką interpretacją – na poziomie logicznym – jest jeszcze gorzej. Bo gdy zapytamy, co znaczy ten neoliberalizm, to zwykle nie otrzymujemy odpowiedzi, ale wiadomo, że zdaniem mówiącego jest to coś – z samej definicji – bardzo złego. Przypomina mi to praktyki właściwe dla okresu socjalizmu. Wtedy, w roli takiej ideologicznej pałki, występowało słówko „burżuazyjny”. Jeżeli tylko usłyszało się, że coś jest „burżuazyjne”, to od razu człowiek wiedział, że to coś, to jest coś złego. Dziś mamy wolność, ale chwyty retoryczne bywają podobne, zmieniają się tylko słowa. Proszę pamiętać, że jeżeli ktoś używa takiego chwytu zamiast argumentacji, to się intelektualnie dyskwalifikuje. I nie chodzi tu o poglądy, ale o metodę.
 
Trzecie pseudowyjaśnienie jest też popularne. Mówi ono, że przyczyną kryzysu jest chciwość (po angielsku „greed”). To przemawia do wielu osób, bo przecież wszyscy jesteśmy przeciw chciwości. Na czy polega problem z tą interpretacją? Otóż, nie wiadomo o co w nim chodzi. Czy winę przypisuje się jakimś wypaczonym charakterom, czy zachowaniom, które nazywamy „chciwymi”? Jeżeli przyjąć, że chodzi o wypaczone charaktery określonych osób, to trzeba zapytać skąd się one wzięły. Czy jakiś wirus chciwości nagle się uaktywnił i zapanował w świecie finansowym? Nie znam żadnych badań nowoczesnej biologii, które by tę hipotezę potwierdzały. A może winę ponosi negatywna selekcja na określone stanowiska? Ale jeśli używa się takiego argumentu, to trzeba sprawdzić, czy tak rzeczywiście jest.
 
I wreszcie, jeżeli chodzi o zachowania, które nazywa się „chciwymi”: jeśli rzeczywiście takie właśnie – chciwe – zachowania określonych ludzi, w określonych miejscach, miały doprowadzić do obecnego kryzysu, to trzeba zapytać, skąd się wzięły – teraz i w takich miejscach – takie zachowania? Naukowcy, w tym także ekonomiści, zwykle zajmują się badaniem przyczyn określonych zjawisk i nie powinni konkurować z kaznodziejami. Po pierwsze dlatego, że nie sprostają konkurencji, a po drugie – bo nie to jest ich zajęciem. Ich zajęciem jest chłodno, analitycznie badać, posługując się poprawnymi metodami, jakie czynniki można uznać za przyczyny określonych zjawisk. Więc i to pseudowyjaśnienie, choć dobrze brzmiące, także jest niepoważne.
 
I wreszcie czwarte, które mówi tak: to jest kryzys współczesnego, kapitalistycznego sektora finansowego. Ma ono wielką siłę przyciągania, ale jest powierzchowne. Dlaczego? Bo jest ono związane z ryzykiem pomieszania symptomów i przyczyn. Z faktu, że dane zjawisko kryzysowe występuje w określonym miejscu nie wynika, że to miejsce jest przyczyną tego zjawiska. Nie trzeba być ekonomistą, aby to wiedzieć, to jest elementarna logika. Żeby wyrazić te myśli jeszcze dobitniej, powiem tak: zgodzimy się zapewne, że katar występuje głównie w nosie, ale nie powiemy, że przyczyną kataru jest nos. Nie byłoby to zbyt poważne wyjaśnienie. Nie chcę przez to powiedzieć, w żadnej mierze, że nie było istotnych błędów na szczytach niektórych dużych organizacji finansowych. Były. Ale generalnie z faktu, że kryzys zaczął się w sektorze finansowym nie wynika, logicznie rzecz biorąc, że tam tkwią jego główne przyczyny. Zasadnicze przyczyny występowały poza miejscem, gdzie kryzys wystąpił.
 
Trzeba pamiętać, że współcześnie sektor finansowy działa w otoczeniu tworzonym w dużej mierze przez władze publiczne: polityka pieniężna jest rezultatem publicznych banków centralnych. Przepisy prawa są dziełem legislatorów. Szczegółowe regulacje są dziełem regulatorów i dzieła – wreszcie nadzorców. Jest to sektor, który jest dużo bardziej uregulowany, niż na przykład produkcja butów, czy cegieł. Jeśli wobec tego owe ramy mają jakieś wady czy słabości, to po pewnym czasie ludzie i instytucje działające w owych ramach będą się także zachowywać w sposób, który będzie prowadził do kumulacji niebezpiecznych zjawisk. Druga wskazówka jest taka: w ramach sektora finansowego najpoważniejsze zaburzenia wystąpiły w tych jego częściach, które są najbardziej, a nie najmniej uregulowane, tzn. w rozmaitych bankach. No, ale politycy, jak się zbiorą, to szukają zwykle kozłów ofiarnych poza własnym gronem. Dotyczy to również spotkań grupy 20, która wskazała na fundusze hedgingowe i na private equity funds. Ale to są raczej ofiary kryzysu, nie jego sprawcy. To jest odwracanie uwagi od prawdziwych przyczyn.
 
Co zatem – w świetle empirycznie uzasadnionych analiz – można uznać za przyczyny kryzysu? Tu odwołam się do oficjalnego raportu, w którego przygotowaniu miałem okazję uczestniczyć. Jest to raport ośmiu osób, pod przewodnictwem Jacques de Larosie`re, przygotowany dla Unii Europejskiej. W tym powszechnie dostępnym i z uznaniem powitanym przez Unię Europejską dokumencie jest zwarta diagnoza, będąca próbą identyfikacji ważnych empirycznie przyczyn kryzysu. Są to głównie błędy władz publicznych. Jakie? Po pierwsze, zbyt luźna polityka monetarna amerykańskiego banku centralnego, czyli FED – a dokładnie: obniżanie stóp procentowych do poziomu 1% w 2003. Jeżeli FED obniża stopy procentowe to, prędzej czy później, inne banki centralne robią podobnie i – w efekcie – jeśli stopy procentowe w dużych częściach świata są niskie, to kredyt rośnie zbyt szybko. Tak się rzeczywiście stało. Rósł zwłaszcza kredyt, który trafiał na rynki mieszkaniowe, windując ceny domów i nieruchomości. To była faza przyjemna, nazywana boomem. Ale, niestety, jest tak, że te przyjemne rzeczy, które zbyt szybko rosną, mają tę fatalną przypadłość, że się odwracają. Myślę, że jest to twierdzenie nie tylko ekonomiczne, że większość ważnych dóbr ma optymalne dawki, i że te optymalne dawki rzadko są maksymalnymi. Na pewno dotyczy to kredytu. Po drugie, w Stanach Zjednoczonych władze polityczne wywierały silne naciski na instytucje finansowe, żeby udzielały kredytu mieszkaniowego osobom o niskiej wiarygodności kredytowej. I tak się rzeczywiście działo. Po trzecie, można zidentyfikować niektóre wcześniej istniejące i do dziś dnia obowiązujące oficjalne przepisy, czyli regulacje, które przyczyniły się do kryzysu. Nie będę tu wchodził w dosyć techniczny temat, wspomnę tylko, że sektor finansowy jest uregulowany w skali międzynarodowej – to są między innymi przepisy Bazylei 1, uchwalone przez międzynarodowy komitet, działający przy Banku Rozliczeń Międzynarodowych w Bazylei. Z perspektywy zidentyfikowano pewne przepisy, które skłaniały banki do zbyt ryzykownych zachowań. I wreszcie, do kryzysu przyczyniła się nadmiernie ekspansywna polityka fiskalna, czyli to co w Polsce nazywa się popularnie „pobudzaniem”. Nie jest przypadkiem, że tam, gdzie bańka mieszkaniowa najbardziej nabrzmiała, by potem z hukiem pęknąć, to jednocześnie prowadzono politykę agresywnego pobudzania fiskalnego, czyli szybkiego wzrostu wydatków, połączonego z pogarszaniem się salda finansów publicznych. Tak było w Wielkiej Brytanii, w Stanach Zjednoczonych, w Irlandii, na Łotwie.
 
Powyższa lista przyczyn nie jest pełna, ale obejmuje ważne czynniki, zwykle identyfikowane – w bardziej fachowych dyskusjach, jako powody obecnego kryzysu. Do tej listy dodaje się czasami i to, że zbyt daleko poszło ograniczenie odpowiedzialności w przedsiębiorstwach (czyli od czasu do czasu jest kwestionowana spółka z ograniczoną odpowiedzialnością). Tu dochodzimy do problematyki nazywanej ładem korporacyjnym. Może przypomnę w tym miejscu, że już Adam Smith miał silne podejrzenia, że jak się wprowadzi limited liability, czyli spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, to odpowiedzialności będzie za mało, albowiem natura ludzka jest ułomna – ludzie będą nadmiernie ryzykować jeśli ryzyko spada na innych.
 
Z powyższej diagnozy wynikają pewne wnioski odnośnie prewencji , czyli działań/ rozwiązań, które miałyby zmniejszyć ryzyko podobnie poważnego kryzysu w przyszłości. Może wspomnę tylko, jakie działania są proponowane. Po pierwsze, polityka pieniężna powinna być jeszcze ostrożniejsza niż ta, która służy realizacji celu inflacyjnego. (W Polsce to jest 2,5%, a obecnie inflacja wynosi grubo powyżej 3%). Otóż wniosek z obecnego kryzysu jest taki, że polityka pieniężna powinna brać pod uwagę swój wpływ na narastanie nie tylko ceny dóbr konsumpcyjnych, ale i na wzrost cen aktywów, w tym nieruchomości.
 
Uznaje się za poważny błąd to, że FED w 2003 roku obniżył stopy do 1%, bo inflacja (mierzona tylko przez ceny konsumpcyjne) była niska, nie zwrócił uwagi na fakt, że to doprowadzi do wzrostu napływu pieniądza na rynek mieszkaniowy i w rezultacie do narastania banki spekulacyjnej właśnie tam, na tym rynku. Po drugie, wskazuje się na potrzebę tzw. regulacji makroostrożnościowych, czyli wprowadzenia takich przepisów, które by hamowały ekspansję kredytową banków wtedy, kiedy uznaje się, że jest ona nadmierna. Jest tu jeszcze wiele pracy technicznej do zrobienia, ale sama zasada, że niekiedy kredyt może rosnąć zbyt szybko i trzeba o tym pamiętać i temu przeciwdziałać, jest słuszna (to tak, jak jazda samochodem – są ograniczenia szybkości i trzeba na to uważać). W Polsce takim środkiem makroregulacyjnym, była tak zwana regulacja S, którą Komisja Nadzoru Bankowego wprowadziła w 2006 r., aby ograniczyć tempo wzrostu kredytów denominowanych w walutach zagranicznych. Nawiasem mówiąc, Polska była – wedle mojej wiedzy – jedynym krajem, który podjął wówczas takie działania. Po trzecie, i to jest postulat tradycyjny, który przez to nie traci swojej mocy: polityka fiskalna powinna być bardzo, bardzo ostrożna. Jeszcze raz powiem, co to jest pobudzanie. Nawiązuję do tego słowa, bo jest ono często używane, żeby zrobić ludziom wodę z mózgu. Otóż pobudzanie można porównać do wciskania pedału gazu w samochodzie, który już zjeżdża z górki. Gdy się to robi, to się ma konsekwencje, i to są przykre konsekwencje.
 
I wreszcie, w raporcie de Larosie`rea, jest także mowa o wzmocnieniu mechanizmu wczesnego ostrzegania. Postulat ten jest w Unii Europejskiej w trakcie realizacji. W efekcie ma powstać coś, co się nazywa europejskim komitetem systemów ostrzegania przed ryzykiem systemowym.
 
Czwarty temat, który chyba wszystkich interesuje to – skutki kryzysu dla krajów, w których on nie wybuchł. Powiedziałem na wstępie, że jeżeli większość gospodarki świata jest dotknięta recesją, to inne kraje także to odczuwają, ale w różnym stopniu. I te różnice stopnia odczuwania, w Europie środkowo-Wschodniej, są bardzo duże. Generalnie, od czego zależy, czy te kraje „poza centrum kryzysu” zostały nim dotknięte mocno czy silnie? Od dwóch czynników. Po pierwsze, od siły powiązań kraju spoza „centrum” z krajami Zachodu. Te powiązania są dwojakie. Jedne – finansowe. Otóż na szczęście banki w krajach naszego regionu okazały się na tyle zacofane, że nie inwestowały w wyszukane papiery wartościowe w Stanach Zjednoczonych i związku z tym nie poniosły z tego tytułu strat. Poniosły, oczywiście, straty z powodu zbyt szybkiego wzrostu kredytu mieszkaniowego. I porugie – powiązania handlowe. Generalnie nie można się rozwijać, jeżeli ma się gospodarkę zamkniętą. Ale otwarcie ma także swoje konsekwencje: od czasu do czasu przynosi nie tylko korzyści, ale i wstrząsy. To jest jak z ogniem, zgodzimy się pewnie, że bez ognia nasze życie byłoby dużo bardziej prymitywne. Ale pamiętajmy, że można od czasu do czasu także się ogniem poparzyć. Drugim czynnikiem różnicującym dotkliwość odczuwanych skutków zewnętrznego kryzysu jest skala wcześniejszego pobudzania gospodarki, w tym natężenie boomu kredytowego.
 
Pod względem otwarcia na handel zagraniczny występują pomiędzy krajami naszego regionu duże różnice. To dobry punkt wyjścia do tematu, który jest na ustach wszystkich: otóż czujemy się bardzo dumni z tego powodu, że w Polsce jest mniejsze spowolnienie niż w innych krajach Europy, że mamy szansę uniknąć recesji. Z czego się to bierze? Moim zdaniem, z kombinacji paru czynników, z których niektóre mają charakter obiektywny, tzn. nie są żadną naszą zasługą. Po pierwsze, my jako kraj większy, jesteśmy dużo mniej zależni od rynków zewnętrznych niż Węgrzy, Czesi, Litwini, Łotysze. I – w związku z tym – te zewnętrzne wstrząsy handlowe nas mniej dotykają. Po drugie, w odróżnieniu od Ukrainy czy Rosji, nasza gospodarka nie zależy w tak dużym stopniu od produkcji i eksportu pojedynczych surowców. W przypadku Rosji jest to ropa i gaz. W przypadku Ukrainy – wyroby metalurgii. Stąd też nie mamy z tego powodu syndromu: najpierw boom, a potem załamanie. Nasz eksport, szczęśliwie, jest znacznie bardziej zróżnicowany. Po trzecie, udało nam się uniknąć równie szybkiego wzrostu kredytu jak w krajach nadbałtyckich, czy na przykład w Bułgarii, czy na Ukrainie, choć i u nas wzrost kredytu od 2007 roku był nadmierny (do 2007 roku w miarę umiarkowany, co moim zdaniem trzeba wiązać z polityką pieniężną, a także z nadzorem bankowym). Na ten czynnik wskazują obserwatorzy zewnętrzni. I wreszcie po czwarte, polityka fiskalna w Polsce w okresie 2005–2007 była bardzo zła. Przypomnę, że wtedy gospodarka rosła szybko, a wydatki budżetowe – jeszcze szybciej. Na dodatek obniżano dochody z podatków. Ale na szczęście nie była tak katastrofalna jak na Węgrzech. Jeżeli ktoś chce się przekonać, jakie mogą być skutki skrajnego fiskalnego pobudzania gospodarki, niech popatrzy na Węgry, gdzie dwie główne konkurujące ze sobą partie licytowały się w budżetowej lekkomyślności. W ten sposób Węgrzy dorobili się katastrofy fiskalnej. To powinien być bardzo pouczający punkt obserwacyjny dla naszego społeczeństwa.
 
Zakończę swoje wystąpienie leninowskim pytaniem: co robić?
 
Co robić, oprócz prewencji, o której już mówiłem? Co powinno się robić w kraju, który – tak jak Polska – chce szybko doganiać tych zamożniejszych? Uważam, że to dziejowa misja – bo każdy w Polsce chce lepiej żyć. Same pragnienia tego typu nie zamieniają się jednak w rzeczywistość. Trzeba tworzyć lepsze warunki dla produktywnych działań ludzi, takich jak porządna praca, innowacje, oszczędzanie i inwestowanie, uczenie się. Wtedy będziemy szybko doganiać Zachód. W związku z tym wspomnę o paru kwestiach, które mamy do rozwiązania, jeżeli nie chcemy być tylko przejściowym tygrysem Europy. To nam grozi, bo kryzys odsłonił ogromne problemy w naszych finansach publicznych. Dlatego najważniejsza – z punktu widzenia perspektyw naszego rozwoju – jest naprawa finansów publicznych. To nie jest tak, że nagle powstała nam kolejna budżetowa dziura. Prawda jest taka, że ona odsłoniła się dlatego, że nasze finanse są chronicznie chore. Mówiąc jeszcze inaczej: Polska cierpi na przedwczesną fiskalną euro sklerozę. Polega ona na tym, że mamy gigantyczne wydatki w relacji do PKB, gigantyczne – znaczy ok. 43–44%. Niektórzy mówią, że to nie jest dużo, bo w Szwecji jest np. 50%, ale jest to bałamutne porównanie, bowiem trzeba się porównywać ze Szwecją wtedy, kiedy miała poziom dochodu na mieszkańca taki, jaki dziś ma Polska. Wtedy, tj. w latach 60., wydatki budżetowe w Szwecji w relacji do PKB wynosiły 34%; w innych krajach Zachodu były jeszcze niższe. Nie znam żadnego kraju, który przez wiele lat rozwijałby się szybko, powiedzmy w tempie 4–5% rocznie, z takimi obciążeniami fiskalnymi, jak Polska. Główną przyczyną tych – fiskalnych obciążeń budżetu – są rozdęte wydatki socjalne, często źle adresowane. Pamiętajmy, że nadopiekuńczość psuje nie tylko jednostki, ale i całe społeczeństwo. Nadopiekuńczość socjalna obniża skłonność do pracy i do indywidualnego oszczędzania, co z kolei ogranicza krajowe inwestycje. Dyskusja o podatkach jest kompletnie jałowa, jeżeli nie dotyczy jedynej przyczyny ich wysokiego poziomu, czyli rozdętych wydatków.
 
Drugim zadaniem jest prywatyzacja, czyli ograniczenie własności państwowej. Własność państwowa zatruwa zarówno politykę, jak i gospodarkę. Zatruwa gospodarkę dlatego, że przy własności państwowej ostatecznymi decydentami są politycy i – podlegli im urzędnicy. Nie chodzi o to, że politycy są z reguły źli; oni są mniej więcej tacy, jak społeczeństwo. Ich rozkład pod względem intelektu i charakteru odpowiada mniej więcej rozkładowi cech osobowościowych w całym społeczeństwie, może z lekką przewagą zaangażowania do pokazywania się w telewizji. Więc generalnie nie można winić polityków, jeżeli ma się demokrację. Po prostu trzeba lepiej wybierać. Otóż politycy nie nadają się na dobrych właścicieli przedsiębiorstw, bo system bodźców, jakiemu podlegają utrudnia im podejmowanie decyzji dobrych dla poszczególnych firm; część takich decyzji jest niepopularna. A dlaczego własność państwowa zatruwa politykę? Obserwujemy to każdego dnia. Wystarczy popatrzeć na telewizję publiczną, na te różne spółki publiczne, gdzie jest ciągła karuzela stanowisk, co samo w sobie uniemożliwia porządne zarządzanie. Uważam, że utrzymywanie własności państwowej o takich nieuchronnych defektach jest niehumanitarne. Dlaczego? Dlatego, że uniemożliwia stawianie czoła konkurencji ludziom pracującym w przedsiębiorstwach państwowych wobec tych, którzy zatrudnieni są w przedsiębiorstwach prywatnych. To jak wepchnąć kogoś na ring z jedną zawiązaną ręką i kazać mu walczyć ztym, który ma dwie ręce wolne.
 
Po trzecie, powiedziałem wcześniej – państwo nie powinno być rozdęte socjalnie. Państwo jest tak cennym dobrem, że powinno występować w małych dawkach. Ale ta mała dawka z całą pewnością powinna obejmować dobry wymiar sprawiedliwości. I tu jest wiele, wiele do zrobienia, zwłaszcza jeżeli chodzi o profesjonalizm i organizację, zarówno w prokuraturze i w sądach. Nie ma żadnego uzasadnienia, dlaczego przeciętne oczekiwanie na orzeczenie sądowe, przynajmniej w Warszawie (może np. w Poznaniu jest lepiej), jest tak długie. To skazuje od razu małe przedsiębiorstwa na przegraną w sporach z większymi przedsiębiorstwami. Nie będę mówił o szkolnictwie i sektorze badań, tu także jest dużo do zrobienia. Musimy zerwać z rozmaitymi mitami, np. z takim, że przy produkcji butów i cegieł socjalizm się nie sprawdził, ale w usługach oświatowych czy medycznych jest niezastąpiony. Takie myślenie nie ma głębszego uzasadnienia w analizach i teoriach nauk społecznych.
 
Chciałbym to wystąpienie zakończyć optymistycznie. Otóż życie byłoby nudne, gdybyśmy wszystkie problemy już rozwiązali. Od 20 lat mamy możliwość kształtowania dobrych warunków dla naszej pracy i naszego życia, wykorzystajmy więc ją jak najlepiej. W demokracji ostateczną władzą jest opinia publiczna. To z niej się biorą politycy, a w ślad za tym programy, dobre lub złe. Myślę, że nie jest przesadą oczekiwanie od środowiska ekonomicznego, naukowego, a także od studentów, że będą w awangardzie tych, co będą kształtować opinię publiczną w Polsce, w kierunku dobrym dla szybkiego i stabilnego rozwoju naszego kraju.
 

Źródło: Gazeta SGH, nr 09/09 (253), październik 2009 roku
 
 
 
Praca wykonana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „Narodowy Program Rozwoju Humanistyki" w latach 2012-2015