Pomiń polecenia Wstążki
Przeskocz do głównej zawartości
Przeskocz do głównego menu
Nawiguj w górę
Logowanie
 

 2000/2001

 
Inauguracja roku akademickiego 2000/2001
 
Gośćmi inauguracji byli: Janusz Steinhoff – wiceprezes Rady Ministrów, Józef Oleksy – były marszałek Sejmu i Prezes Rady Ministrów, przedstawiciele parlamentu, rządu, korpusu dyplomatycznego oraz rektorzy wielu uczelni.
 
Inaugurację otworzyło przemówienie Jego Magnificencji Rektora prof. Marka Rockiego.
 
Uroczystym momentem inauguracji była immatrykulacja studentów I roku.
 
Wręczono listy gratulacyjne absolwentom SGH, którzy rozpoczęli studia w 1950 roku, a więc w 50-lecie ich immatrykulacji. Wśród nich znaleźli się: prof. Zygmunt Bosiakowski, prof. Sławomir Dyka, prof. Irena Fierla, prof. Leszek Gilejko, mgr Krystyna Gruszka, mgr Janina Jakubczyk, prof. Mieczysław Klimas, doc. dr Hanna Kulesza, prof. Stanisław Ładyka, prof. Aleksander Műller, prof. Mieczysław Nasiłowski, prof. Urszula Płowiec, prof. Marian Strużycki, mgr Augustyn Szczepański, mgr Włodzimierz Strzyżewski, dr Jerzy Turczyn, prof. Andrzej Wernik, prof. Zbigniew Wyczesany.
 
Wykład inauguracyjny na temat: „Demograficzne uwarunkowania rozwoju Polski” wygłosił prof. Jerzy Z. Holzer.
 
 Przedstawiamy władze akademickie Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie w roku akademickim 2000/2001     
 
Rektor            prof. Marek Rocki
Prorektorzy   prof.  Jacek Brdulak                     
                         prof. Edward Golachowski                     
                         prof. Marcin K. Nowakowski
Dziekani
    
prof. Janusz Stacewicz - dziekan Kolegium Analiz Ekonomicznych
prof. Joachim Osiński - dziekan Kolegium Ekonomiczno-Społecznego
prof. Adam Budnikowski - dziekan Kolegium Gospodarki Światowej
prof. Antoni Kantecki - dziekan Kolegium Nauk o Przedsiębiorstwie
prof. Jerzy Nowakowski - dziekan Kolegium Zarządzania i Finansów
prof. Marta Juchnowicz - dziekan Studium Podstawowego
prof. Krzysztof Marecki - dziekan Studiu Magisterskiego
prof. Tomasz Panek - dziekan Studium Zaocznego
 
 
Inauguracja roku akademickiego 2000/2001.
W pierwszym rzędzie od lewej profesorowie: Jacek Brdulak – prorektor, Marek Rocki – rektor, Edward Golachowski – prorektor, Marcin K. Nowakowski – prorektor
Inauguracja roku akademickiego 2000/2001.
Przemawia JM Rektor prof. Marek Rocki
Inauguracja roku akademickiego 2000/2001.
Przemawia JM Rektor prof. Marek Rocki
Inauguracja roku akademickiego 2000/2001.
Goście i społeczność akademicka
Inauguracja roku akademickiego 2000/2001.
Immatrykulacja
Inauguracja roku akademickiego 2000/2001.
List gratulacyjny odbiera prof. Irena Fierla
Inauguracja roku akademickiego 2000/2001.
List gratulacyjny odbiera prof. Mieczysław Nasiłowski
Inauguracja roku akademickiego 2000/2001.
Od lewej profesorowie: Krzysztof Marecki - dziekan Studium Magisterskiego, Marta Juchnowicz - dziekan Studium Podstawowego, Tomasz Panek – dziekan Studium Zaocznego, Janusz Stacewicz  - dziekan Kolegium Analiz Ekonomicznych
 
Inauguracja roku akademickiego 2000/2001.
Wykład inauguracyjny wygłasza prof. Jerzy Z. Holzer
Inauguracja roku akademickiego 2000/2001.
Władze akademickie i goście w Sali Senatu.
Od lewej: prof. Adam Budnikowski, prof. Edward Golachowski, prof. Marcin K. Nowakowski, prof. Hans-Joachim Paffenholz, prof. Marek Rocki, prof. Ingo Wolff,  Rektor Uniwerystetu im. Mercatora w Duisburgu (obecnie Uniwerystet Duisburg-Essen), Skarlett Brune-Wawer (kierownik działu analitycznego Rekoratu Uniwerystetu im. Mercatora w Duisburgu), prof. Piotr Błędowski
 
 
 
fot. Maciej Górski
 


Przemówienie Jego Magnificencji Rektora prof. Marka Rockiego
wygłoszone podczas inauguracji roku akademickiego 2000/2001
w dniu 29 września 2000 roku
 

Szanowni Goście, Panie, Panowie,
 
Chciałbym rozpocząć od refleksji, która mi towarzyszy, gdy spoglądam teraz na naszą Aulę. Otóż, uważam że jest coś magicznego w fakcie, iż w obecnych czasach, tak obfitujących w wielkie widowiska i oficjalne wydarzenia, niezmiennym jest zainteresowanie i powaga towarzysząca corocznym inauguracjom roku akademickiego. Wprawdzie, w trosce o realizację programu studiów, zajęcia dydaktyczne trwają już od tygodnia, wprawdzie większość z nas doskonale zna tradycyjny scenariusz tej uroczystości, jednakże coś gromadzi nas tutaj, coś nie pozwala obojętnie przejść obok, coś powoduje w nas tę nieokreśloną emocję, właściwą dla najbardziej doniosłych i podniosłych chwil.
 
Myślę, że ten fenomen, to przejaw ducha akademickości, który nieopisany i niezbadany, obecny jest w murach wszystkich uniwersytetów świata. Cieszmy się jego obecnością. Oby towarzyszył nam w ciągu całego roku, oby pomagał nam w codziennej pracy, którą wspólnie podejmujemy, jak głosi napis w zabytkowym gmachu A naszej Uczelni: "ku chwale i potędze Rzeczypospolitej".
 
Już po raz 95 Szkoła Główna Handlowa w Warszawie otwiera rok akademicki. Kontynuujemy dzieło, które zostało zapoczątkowane przez Augusta Zielińskiego w czasach, gdy marzenia o wolnej Rzeczypospolitej ustępowały twardej rzeczywistości zaborów. Kontynuujemy to dzieło mimo historii nie szczędzącej Warszawie dramatycznych wydarzeń i skomplikowanych losów. Nieprzerwana służba społeczna konsekwentnie realizowana od blisko stu lat jest dla nas podstawą do uzasadnionego poczucia dumy. Jest jednak również wielkim wyzwaniem.
 
Koniec tego stulecia zaznaczył się niebywałym przyspieszeniem rozwoju nowych technologii. Osiągnięcia w zakresie informatyki oraz komunikowania się - zwłaszcza dzięki technologii UMTS - oraz powszechna już dostępność Internetu sprawia, że tradycyjne pojmowanie szkoły jako instytucji jedynie przekazującej wiedzę może już wkrótce okazać się niewystarczające dla zaspokojenia edukacyjnych oczekiwań społeczeństw. Jako nieodwracalne należy uznać tendencje globalizacyjne. Na pierwszy plan wysuwa się zatem problem nadążania szkół wyższych za dynamicznie rozwijającą się rzeczywistością. Sprawa ta dotyczy w równym stopniu dydaktyki i nauki. Są to przecież podstawowe segmenty pracy akademickiej organicznie ze sobą związane i funkcjonujące na zasadzie sprzężenia zwrotnego.
 
Tylko wtedy oferta dydaktyczna Uczelni będzie atrakcyjna dla jej użytkowników, gdy jej podstawą będą rzetelne, stale aktualizowane wyniki prac badawczych.
 
A więc: po pierwsze BADANIA NAUKOWE.
 
Rozwój humanizmu w powiązaniu z rewolucją naukową wyzwalają coraz szybciej nowe kierunki eksperymentów badawczych, których wyniki dynamicznie wplatają się w naszą teraźniejszość. Szkoła wyższa musi szczególnie dbać o zachowanie zdolności do generowania innowacji i dostarczania precyzyjnych podstaw do analiz. Powszechna kreatywność, samokształcenie, odwaga w poddawaniu w wątpliwość istniejącej wiedzy i umiejętności, to cechy, których dziś w sposób szczególny należy oczekiwać od pracowników szkół wyższych.
 
Tak właśnie pojmowany i realizowany etos pracy akademickiej stanowić może dopiero podstawę propozycji programowych kierowanych do studentów. A że przeszłość musi postawić na przyszłość mówię znowu odnosząc się tym razem do dydaktyki: po pierwsze DYDAKTYKA.
 
Analizując obecne i spodziewane wkrótce uwarunkowania pracy dydaktycznej pamiętać trzeba o niezwykłym wzroście zapotrzebowania na usługi edukacyjne. O ile jednak do tej pory tendencja ta identyfikowana była głównie w aspekcie ilościowym, wszyscy wiemy o podwojeniu się liczby studentów w naszym kraju, o tyle poważnego podejścia wymagają rosnące oczekiwania społeczne w zakresie aktualizacji wiedzy i doskonalenia umiejętności. Trwająca rewolucja technologiczna i postępująca za nią ewolucja społeczna powodują, iż obywatele coraz częściej zdają sobie sprawę z konieczności podnoszenia i zmiany kwalifikacji w różnych okresach życia. Anachroniczne staje się powiedzenie, iż człowiek spędza w szkołach jedną trzecią życia, a później tylko pracuje zawodowo.
 
Coraz wyraźniej widać, iż współczesność wymaga od człowieka edukacji permanentnej, różnorodnej w swoich formach i treściach.
 
Według badań OECD, w minionym dziesięcioleciu w grupie osób podejmujących studia bezpośrednio po szkole średniej wskaźnik skolaryzacji wzrósł o 70%, a także o 50% w grupie osób będących u szczytu kariery zawodowej. Jednocześnie co 5 osoba w wieku produkcyjnym zapisywała się na różne kursy organizowane przez szkoły wyższe. Te dane to zapowiedź trendu, którego nie można przeoczyć przy formułowaniu strategii rozwoju każdej uczelni.
 
Stoimy zatem w obliczu zatarcia się różnic pomiędzy kształceniem wstępnym na uczelni a jego kontynuacją. Po jej ukończeniu.
 
Jak już wspomniałem, procesy unifikacyjne, globalizacyjne i technologiczne sprawiają, iż wkrótce pojmowanie dydaktycznej funkcji uczelni jako instytucji li tylko przekazującej wiedzę może okazać się dalece niewystarczające. Równie istotne staje się nauczenie studentów umiejętności samokształcenia, pracy w zespole, umiejętności adoptowania zmian, wyrobienie w nich skłonności do tworzenia nowych rzeczywistości, kształtowania elastyczności, słowem uniwersalnych zdolności do definiowania i rozwiązywania problemów oraz aktywności i innowacyjności.
 
Szanowni Państwo. Mogę zapewnić, iż problemy te stoją w centrum uwagi władz naszej Uczelni. W przedstawionej do środowiskowej dyskusji propozycji strategii rozwoju SGH, zasygnalizowałem kierunki, którymi podążać powinna nasza Alma Mater. Wierzę, że wyniki dyskusji pozwolą utrzymać Szkole Głównej Handlowej w Warszawie jej dotychczasową pozycję. Myślę też, że w ubiegłym roku akademickim udało nam się podjąć działania tworzące warunki do sprostania współczesnym wyzwaniom. Konsekwentnie weryfikujemy programy nauczania, rozszerzamy kontakty naukowe, starannie modernizujemy bazę materialną. Będziemy kontynuowali te prace w przeświadczeniu, że będą się one przyczyniały do wyzwalania i podtrzymywania wspomnianego tu ducha akademickości. Jego obecność nadaje sens tej instytucji, a nam daje siłę do realizacji podjętej misji.
 
Chciałbym, aby jako szczególne podsumowanie zabrzmiały dziś słowa zawarte w homilii Jana Pawła II skierowanej do środowiska akademickiego, a wypowiedziane na Ogólnoświatowej Konferencji Rektorów w Rzymie w dniu 10 września tego roku:
 
"Drodzy wykładowcy i studenci, oto jest wasze powołanie: uczynić z uniwersytetu środowisko, w którym kultywuje się wiedzę, miejsce, w którym człowiek znajduje ukierunkowanie ku przyszłości, wiedzę, inspirację do owocnej służby społeczeństwu."
 
Życzę wszystkim tutaj zgromadzonym i sobie samemu, aby przesłanie Jana Pawła II wypełniło się w naszej, uroczyście dziś inaugurowanej pracy akademickiej.
 
 
Źródło: Gazeta SGH, nr 126, 15 października 2000 roku
 
 
 
Wykład inauguracyjny wygłoszony przez prof. Jerzego Z. Holzera
podczas inauguracji roku akademickiego 2000/2001
Demograficzne uwarunkowania rozwoju Polski
 


Prof. Jerzy z. Holzer
Instytut Statystyki i Demografii


Magnificencjo,
Wysoki Senacie,
Szanowni zgromadzeni
 
Kiedy 50 lat temu rozpoczynałem pracę w naszej Uczelni liczba ludności Polski wynosiła 25 milionów - dziś niecałe 39 milionów. A więc, przy ujemnym saldzie migracyjnym w całym minionym okresie, przybyło nas 14 milionów, czyli ponad 56%. W analogicznym okresie liczba ludności Węgier wzrosła z 9,3 miliona do 10,1 miliona, czyli o 0,8 miliona lub inaczej 9%.
 
Głównym czynnikiem wzrostu liczby ludności w obu krajach był przyrost naturalny. Ludność Polski była jednak daleko bardziej prężna demograficznie niż ludność Węgier. W konsekwencji tego, liczba ludności w różnych grupach wieku w obu krajach była różna. W przypadku Polski gospodarka musiała zabezpieczyć odpowiednie warunki życia, wykształcenie i pracę znacznie większej liczbie ludności, która przyrosła w stosunku do roku 1950 w sposób skokowy. Na Węgrzech kierowanie działalnością gospodarczą na rzecz systematycznego zwiększania poziomu życia przy takim tempie przyrostu ludności było znacznie łatwiejsze.
 
Nie twierdzę, że demograficzna sytuacja Węgier była bardziej korzystna niż w Polsce, ale pragnę zwrócić uwagę na różnice stanowiące o demograficznych uwarunkowaniach rozwoju gospodarczego kraju.
 
Przejdźmy jednak do współczesnej i przyszłej sytuacji demograficznej Polski i jej wpływu na rozwój gospodarczy. Według aktualnych projekcji przygotowanych w Głównym Urzędzie Statystycznym, ale również niezależnych, przygotowanych przez Organizację Narodów Zjednoczonych, liczba ludności Polski aż do roku 2030 prawdopodobnie nie przekroczy 40 milionów. Jest to projekcja najbardziej prawdopodobnego przebiegu procesów demograficznych, a w szczególności bardzo niskiego przyrostu naturalnego ludności. Pamiętać jednak należy, że we współczesnym świecie, o pozycji danego kraju nie świadczy liczba ludności, ale przede wszystkim poziom wykształcenia ludności, poziom bogactwa narodowego i indywidualnego i wreszcie perspektywy rozwoju kraju.
 
Punktem odniesienia dalszych rozważań niech będzie struktura ludności Polski według płci i wieku z roku 1999. Otóż pragnę zwrócić uwagę na kilka tylko kwestii, przede wszystkim zaś na rynek pracy.
 
W ciągu najbliższych lat bardzo liczne roczniki będą przekraczały próg 18 lat i - przy istniejącym już relatywnie wysokim poziomie bezrobocia - gospodarka będzie musiała wchłonąć jednomilionowy przyrost liczby ludności w wieku produkcyjnym w ciągu najbliższego pięciolecia. Ale 18 lat przekroczy prawie 3,5 miliona młodych ludzi. Generalnie rzecz biorąc trzeba powiedzieć, że z punktu widzenia rynku pracy najbliższe pięciolecie jest dla gospodarki jednym z najtrudniejszych okresów. W następnych latach nastąpi znaczny spadek przyrostu liczby ludności w wieku produkcyjnym.
 
Druga sprawa z tym związana, otóż ta sama liczna grupa młodych ludzi (w grupie wieku 20-29 lat, określanym w demografii jako wiek matrymonialny) będzie chciała zakładać rodziny, a zatem będzie zainteresowana możliwością uzyskania mieszkania i możliwością zdobycia miejsca pracy. I te czynniki w znaczący sposób będą wpływały na naszą gospodarkę. Odpowiednie zabezpieczenie młodego pokolenia w zakresie możliwości edukacji, zatrudnienia, budownictwa mieszkaniowego, ochrony zdrowia itd. może mieć decydujący wpływ na spokojny bądź niespokojny przebieg wydarzeń w naszym kraju. Najbliższych pięć lat, z tego punktu widzenia, to najtrudniejszy okres w nadchodzącym XXI wieku.
 
Kolejna kwestia, o której chciałbym mówić, to szkolnictwo, a przede wszystkim szkolnictwo wyższe. Otóż w najbliższym pięcioleciu w dalszym ciągu będzie rosło zainteresowanie podejmowaniem studiów wyższych, a więc przyrost liczby młodych kandydatów na wyższe uczelnie, ale już po 2005 nastąpi bardzo wyraźny spadek liczby kandydatów na studia. Ma to znowu kapitalne znaczenie dla przyszłości tego sektora. Z drugiej strony, zasygnalizować przynajmniej należy, że w sposób wyraźny spada liczba uczniów szkół podstawowych i - z tego punktu widzenia - reforma szkolnictwa była nakazem chwili (nie wkraczam w ocenę sposobu wprowadzenia jej w życie).
 
I wreszcie ostatnia grupa wieku, o której chciałbym powiedzieć - to wiek poprodukcyjny. Niebawem w wiek poprodukcyjny wkraczały będą bardzo liczne roczniki wyżu z lat 50-tych. (Byliśmy z tego dumni, albowiem uzupełniliśmy straty wojenne). To jeden z czynników (demograficzny), który bardzo silnie wpływał na konieczność wprowadzenia reformy emerytalnej. Demografowie mówili o tym już od wielu lat, ale dopiero ta ekipa zdecydowała się podjąć kroki w tym kierunku. Znów trzeba powiedzieć, że i ta reforma była wprowadzona w ostatnim momencie, bowiem w istniejącej sytuacji demograficznej system dotychczasowy stanowiłby absolutną tragedię narodową. (Znowu nie wkraczam w ocenę sposobu jej wprowadzania).
 
Szczególnie istotne przyrosty ludności w wieku poprodukcyjnym nastąpią dopiero po roku 2010-2015 (w wiek poprodukcyjny wejdą wyjątkowo liczne roczniki wyżu demograficznego z lat 50-tych), zaś w najbliższych latach liczba ludności w tym wieku utrzymywać się będzie prawie na tym samym poziomie (nieznaczny wzrost lub nieznaczny spadek). Tak więc najbliższe 10 lat to czas na pełne dostosowanie się do przesądzonej przyszłej struktury demograficznej. Wiadomo, że to co najmniej o połowę za mało (z doświadczeń zachodnich wynika bowiem, że aby kapitałowy filar był funkcjonalny musi minąć ok. 20 lat).
 
Przewidywane przemiany demograficzne oparte są na założeniach dotyczących procesów zawierania małżeństw, dzietności, umieralności i migracji. Przemiany, które obserwujemy w Polsce w ostatnim dziesięcioleciu można rozpatrywać w kontekście tzw. drugiego przejścia demograficznego, albo inaczej - drugiej transformacji demograficznej, ujętej w formę teorii, albo inaczej formę modelu sformułowanego przez prof. D. Van De Kaa i R. Lesthaeghe na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Opracowano je w oparciu o doświadczenia krajów Europy Zachodniej.
 
Podstawowe właściwości przemian drugiego przejścia w odniesieniu tylko do dwóch elementów, tzw. małżeńskości (tj. zawierania związków małżeńskich, rozwodzenia się, separacji) i dzietności, to opóźnianie wieku zawierania małżeństw i osłabienie trwałości małżeństwa. Doświadczenia krajów zachodnich wyrażają się spadkiem częstości zawierania małżeństw w większości grup wieku, a w szczególności wśród młodych, wzrost roli związków kohabitacyjnych, a w tym związków typu wspólnego życia, ale oddzielnego zamieszkania (typowe też dla warunków polskich) i wzrost częstości występowania rozwodów, a w konsekwencji, wzrost liczby rodzin z jednym rodzicem (bądź z samotną matką, bądź z samotnym ojcem). Typowe dla Polski jest już opóźnianie wieku zawierania małżeństw. Wiąże się to przede wszystkim z chęcią równoprawnego uzyskania wyższego, jak najlepszego wykształcenia i zdobycia odpowiedniej pozycji zawodowej, czyli niezależnego źródła utrzymania i mężczyzny i kobiety. Są to zjawiska powszechnie występujące także w krajach Europy Zachodniej.
 
Nie mamy informacji o liczbie związków kohabitacyjnych. Brak danych na ten temat uniemożliwia ocenę skali zjawiska, ale z badań np. OBOP-u wynika, że jest ich w Polsce coraz więcej. W konsekwencji pojawia się drugi element - spadek dzietności poniżej prostej zastępowalności pokoleń. Po to, aby zagwarantować prostą zastępowalność pokoleń należy oczekiwać, że kobieta w wieku rozrodczym urodzi przeciętnie łącznie 2,1 dziecka (inaczej mówiąc: na 100 kobiet oczekujemy 210 dzieci). Dziś w Polsce współczynnik ten wynosi 1,3.
 
Otóż zjawisko to (fakt dzietności poniżej prostej zastępowalności) wystąpiło wcześniej w Europie Zachodniej. We Włoszech współczynnik ten wynosi nawet 1,1, czyli jest jeszcze niższy niż w Polsce w ostatnich latach. Widoczne są również zmiany we wzorcu płodności wyrażające się przede wszystkim tym, że następuje opóźnianie urodzenia pierwszego dziecka. I o ile 10 lat temu w Polsce występowała największa dzietność w wieku 20-24, to dziś maksimum urodzeń przypada na wiek 25-29. Ponadto obserwujemy także wzrost liczby (i udziału) dzieci rodzących się poza związkiem małżeńskim. Na początku okresu transformacji liczba ta stanowiła 5% ogólnej liczby urodzeń, w tej chwili wynosi już 12%. Zjawisko to akceptuje coraz większa część społeczeństwa. Istotny wpływ na zmniejszanie się dzietności ma także rozpowszechnienie znajomości metod zapobiegania ciąży i coraz większa dostępność środków antykoncepcyjnych, stosowanych do świadomego powoływania do życia dzieci w czasie, gdy tego życzą sobie rodzice. Jest zjawisko pozytywne.
 
Tak więc te procesy, które wystąpiły w krajach wysoko rozwiniętych, wystąpiły także i u nas. I o ile na Zachodzie proces przemian trwał bardzo długo, to w Polsce nastąpił z ogromnym przyspieszeniem, w ciągu praktycznie 10 - 11 lat.
 
Oczywiście można zastanawiać się, co czeka nas w przyszłości. Dzisiejszy kierunek zmian pozwala na stwierdzenie, że w pełni dostosowujemy się, upodabniamy się do zachowań, które wystąpiły w tym zakresie w Europie Zachodniej. Relacje liczbowe między ludnością w wieku produkcyjnym, przedprodukcyjnym i poprodukcyjnym mogą się bardzo różnie układać w przyszłości, jeśli nastąpi wyraźny wzrost dzietności, czego nie oczekujemy. Jeśli zaś niskodzietność utrzymywać się będzie w długiej perspektywie, trzeba przygotować się na rozwiązanie wynikających z tego problemów. Czy można im zapobiegać? Tak, np. poprzez stwarzanie warunków dla zakładania rodzin i powoływania do życia pierwszego i drugiego dziecka. Uważam, że ten element trzeba brać pod uwagę przy budowie programu strategicznego rozwoju kraju. Oczywiście rozwiązania polityki społeczno-gospodarczej mogą być niewystarczające. Biorąc pod uwagę naszą strukturę ludności według płci i wieku niezbędne jest apelowanie o zwiększanie międzygeneracyjnych więzi i wzajemnej pomocy. Ponieważ wiadomo, że Pan Bóg nie może być wszędzie i na każde zawołanie, dlatego powołał kategorię babci, która może przytulić i pomóc w potrzebie. Jako demograf mogę zapewnić państwa, że liczba babć w ciągu najbliższych dziesięcioleci będzie bardzo intensywnie rosła, a czy będą wnuki, to już zależy od dobrego rozwoju kraju i stanowiska młodego pokolenia.
 
Dziękuję za uwagę.
 
Źródło: Gazeta SGH, nr 126, 15 października 2000 roku
 
 
 
 
Praca wykonana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod nazwą „Narodowy Program Rozwoju Humanistyki" w latach 2012-2015